Castaneda
O recepcji Castanedy, mojej i moich przyjaciół
Zaraz po Nowym Roku (teraz, 2026) odpowiadałem o Castanedzie; pewnej studentce, która pisze pracę o recepcji New Age'u w Polsce. (Pozdrawiam, Klaudio!) O Castanedzie dowiedziałem się około roku 1980 i było to tak, że w kręgu, w którym wtedy się obracałem, ktoś rzucił: „co się dzieje! Już nie tylko w Indiach są duchowi mistrzowie, ale też u Indian...” Wkrótce przeczytałem zeszyt odbitych na powielaczu (było takie urządzenie w tamtych czasach) kartek z przygodami kogoś, kto szkolił się u owego indiańskiego mistrza. Nie zapamiętałem autora ani tytułu. Trochę czasu minęło, zanim dotarło do mnie, że to był Carlos Castaneda i fragmenty jego książki „Nauki Don Juana”. W całości tę książkę przeczytałem jakieś 10 lat później, kiedy ją wydano w normalnym obiegu. W Polsce była wciąż nowością i dla niektórych sensacją, chociaż na oryginalnym amerykańskim (anglojęzycznym lub w ogóle „zachodnim”) gruncie dawno było po ptokach, burza wokół Castanedy dawno minęła, a ten przypadek świadczy o tym, jak bardzo izolowana była ówczesna Polska od kulturowych mód i sensacji Zachodu, a właściwiej: jak bardzo selektywnie przeciekały do nas (i do mnie personalnie) tamtejsze prądy.
Carlos Castaneda, inne jego nazwiska to Castañeda lub Arana, urodził się 25 grudnia 1925 w Peru (chociaż podawał różne daty i miejsca), wyemigrował do USA, studiował antropologię (czyli etnologię) w Los Angeles, w latach 1970 uzyskał doktorat, który później mu odebrano. Pierwsza z długiej serii jego książek, „Nauki Don Juana”, wydana 1968, była relacją z jego „szkolenia” u owego Don Juana Matusa, indiańskiego szamana pochodzącego z pogranicza Meksyku i stanu Arizona, i była pomyślana jako praca doktorska. Książka i następne okazała się hitem, autorowi przyniosła sławę i pieniądze, i masy fanów, którzy usiłowali pójść jego śladem, niestety Juana Matusa nie znajdowali ani nigdzie w terenie o nim nie słyszano. Znajdywano za to fantastyczności, sprzeczności i ślady „grubego szycia” u Castanedy, np. włożone w usta Don Juana rzekomo hiszpańskie zdania, które były kalkami angielskich idiomów. Znajdowano przypisane przez autora Don Juanowi cytaty z Wittgensteina i C. S. Lewisa. Do roku 1976 krytycy ugruntowali opinię, że jego przekaz jest „etnograficzną fantastyką” i z poważnego dyskursu Castaneda został wykreślony.
Jednak działał dalej, podtrzymywał swoją narrację; twierdził, że jest dzierżycielem linii przekazu szamanów-Naguali. Wynalazł kolejną technikę szamańskiej pracy: „magiczne kroki” czyli tensegrity, powierzchownie mało różne od tai-chi. (Magiczne kroki Castanedy zostały ogłoszone ok. 1993 r.; i pytanie: czy były inspirowane znanym wtedy od 23 lat skeczem Monty Pythona pt. „Ministry of Silly Walks”, emisja: 15 września 1970?). Zebrał ścisłą grupę swoich wyznawców lub raczej wyznawczyń, przez które to grono po jego śmierci w 1998 r. przeszła fala zagadkowych samobójstw lub morderstw.
Dla mnie Castaneda pozostawał raczej na marginesie zainteresowań. Chociaż czytałem książki i inne teksty o nim, szczególnie gdy ruszył internet i to, co czytelnicy na Zachodzie mieli wyłożone na stole od dekad, przed nami dopiero się wtedy odkrywało. W 1995 r. brałem udział w pierwszych u nas warsztatach Davida i Mattie Thomsonów, i od Davida na pytanie o Castanedę usłyszałem: „I like him”. Podobnie Michael Harner, pierwszy i główny propagator transu przy bębnie, miał o Castanedzie wysoką opinię. Parę lat później zacząłem prowadzić warsztaty podobnych technik i jednym ze źródeł-inspiracji była książka, tłumaczona po polsku, pt. „Nauki Don Carlosa”, autorem był Víctor Sánchez. Z tej książki wziąłem praktykę medytacji w podziemnym wykopie, oryginalnie zwaną „pogrzebem wojownika”. Sáncheza poznałem wkrótce, ponieważ mój ówczesny przyjaciel go znał z wykładu bodaj w Niemczech i zorganizował jego warsztaty w Polsce w 2003 r. Víctor Sánchez był w pewnym sensie uczniem lub kontynuatorem Castanedy, ponieważ brał udział w jego warsztatach i przebył zauroczenie nim; w tytule swojej książki odwoływał się do niego: „Don Carlos” to oczywiście Castaneda; książka ta była pomyślana jako przewodnik dla entuzjastów kastanediańskiego szamanizmu, pokazująca jak odpowiednie praktyki można prowadzić „tu i teraz”, nie wędrując zbyt daleko. Castaneda jednak nie zaakceptował tej książki, uznał ją za naruszenie własnych praw i podał Sáncheza do sądu; proces został anulowany przez śmierć powoda. Sánchez dla Castanedy miał tyleż uznania, co urazy. Nazywał go tricksterem, co w jego kodzie znaczyło oszusta, zwodziciela. Prawdopodobnie (tak się domyślam) w tym, co przekazywał starał się odciąć od dawniejszych treści kastanediańskich i bazować na bezpośrednim przekazie od „starszych” z realnych indiańskich społeczności, wśród których bywał, ale swoich kontaktów czy źródeł nie ujawniał (przynajmniej wtedy, ćwierć wieku temu) w obawie przed zadeptaniem przez masowych duchowych turystów.
Wracając do Castanedy: był, stał się – chociaż na pewno z początku nie wiedział, co czyni – jednym z „ojców założycieli” New Age'u. Jego rewelacje o cudotwórczym Don Juanie pojawiły się (od roku 1968) kiedy dotychczasowy ruch kontrkultury (ledwie wtedy tak nazwany przez Theodore Roszaka) wyraźnie tracił napęd, brakowało mu inspiracyjnego paliwa. Przekaz Castanedy był w pewnym sensie patriotyczny, ponieważ mówił, że mistrzowie, inspiratorzy-przewodnicy i ich budzące tradycje są nie tylko daleko, w obcych krajach – w Indiach czy w Japonii zen – i nie odlegli w czasie, jak popularny wśród hippisów Jezus, lub Budda; ale są do znalezienia i do odkrycia tu i teraz, na tej ziemi amerykańskiej, może o parę godzin jazdy od Dallas lub Los Angeles. Następni autorzy odkrywali ich dosłownie „tu”: w rezerwatach w USA lub w Kanadzie; tak znaleźli swoich nauczycieli Thomson lub Harner. Sprawa duchowego wyzwolenia poprzez techniki transowe została wyrwana z geograficznego lub historycznego „tam, dawno i daleko” i przeplantowana do „tutaj, u nas”. Zaczynający się ruch New Age został mocno postawiony na rodzimych, amerykańskich nogach lub korzeniach. Hasło „native” stało się wręcz synonimem New Age'u.
Zauważmy, że podobna operacja nie całkiem powiodła się w Europie, gdzie jak indiańskich w Ameryce, tak tutaj szukano korzeni celtyckich (tych najszerzej), nordyckich, słowiańskich, lapońskich lub nawet syberyjskich, tych ostatnich jak się wydaje, całkiem bezskutecznie.
Do Castanedy i jego sprawy przylgnęło pytanie: czy uważać go za autorytet czy za oszusta? Odpowiadam: był (i jest, jako autor) jednym i drugim, a także ani jednym ani drugim. Był (i jest) mitografem. Twórcą mitu. Mitycznego przekazu. Twórcą mitu o ukrytym, ale niedalekim w sensie geografii, mistrzu i dzierżycielu starożytnej wiedzy, który wie i zdolny jest czynić więcej niż zwykli, ale ze swoich mocy (prawie) nie korzysta, i który widzi „o niebo” więcej niż zwykły człowiek. Twórcą mitu o potężnym szamanie, współczesnym, nie z praczasu.
W książkach Castanedy, gdy je czytać chłodnym okiem, jest wiele ciekawych mitycznych (właśnie) pomysłów, np. figura Orła, jako zarazem stwórcy i pożeracza indywidualnych świadomości. Wciąż po latach brakuje mi jakiegoś leksykonu Castanedy, przewodnika po jego tekstach i jego pomysłach, wraz z odnośnikami: mogą być i do Wittgensteina, i do Monty Pythona.
Castaneda w stylu pop-art. Wykonanie Chat GPT na podstawie fotografii w Wikipedii.
By pisać komentarz, zaloguj się lub zarejestruj »